Czerwone linie Putina rozsypują się
Wydarzenia ostatnich dni pokazują wyraźny trend: to, co jeszcze rok temu Moskwa określała jako „nieprzekraczalne czerwone linie”, dziś staje się polityczną rzeczywistością. I dotyczy to nie tylko Ukrainy, lecz całego obszaru relacji Zachód–Rosja.
Wydarzenia z 3 stycznia w Wenezueli oraz deklaracja podpisana 6 stycznia w Paryżu przez Francję, Wielką Brytanię i Ukrainę tworzą jedną logiczną całość, która z perspektywy Kremla wygląda jak systematyczna presja i polityczne upokorzenie.
Wenezuela: sygnał, którego Moskwa nie mogła zignorować
3 stycznia Stany Zjednoczone Ameryki przeprowadziły operację, w wyniku której zatrzymany został przywódca Wenezueli Nicolás Maduro. Doszło do tego w regionie, który Rosja w ostatnich latach postrzegała jako istotną strefę swoich wpływów geopolitycznych oraz obszar omijania sankcji.
Dla Moskwy Wenezuela nie była jedynie ideologicznym sojusznikiem. Była ona:
punktem oparcia dla schematów energetycznych,
politycznym dowodem na istnienie „bloku reżimów autorytarnych”,
symbolem przekonania, że USA „nie odważą się” na bezpośrednie działania.
Ta iluzja runęła. Waszyngton pokazał gotowość do działania bezpośredniego, szybkiego i bez długotrwałych rytuałów dyplomatycznych — i to nie w Europie, lecz tysiące kilometrów od Ukrainy.
Paryż: Europa przechodzi do twardego bezpieczeństwa
Zaledwie kilka dni później w Paryżu Francja, Wielka Brytania i Ukraina podpisały deklarację intencji dotyczącą możliwego rozmieszczenia sił wielonarodowych w Ukrainie po zawieszeniu broni lub zawarciu porozumienia pokojowego.
Należy podkreślić: formalnie nie jest to decyzja NATO ani misja NATO. Jednak polityczna rzeczywistość jest oczywista — mowa o obecności wojsk państw członkowskich NATO na terytorium Ukrainy, nawet jeśli miałoby to nastąpić w formule koalicji, a nie Sojuszu.
Brytyjscy i francuscy przywódcy polityczni otwarcie mówią o tworzeniu centrów wojskowych, zaplecza logistycznego oraz infrastruktury bezpieczeństwa w Ukrainie po zakończeniu wojny. Oznaczałoby to, że każda próba „rewizji” zawieszenia broni przez Moskwę automatycznie niosłaby ryzyko bezpośredniej konfrontacji z nuklearnymi państwami NATO.
Jak widzi to Kreml
Z punktu widzenia Moskwy jest to bezpośrednie utrwalenie dokładnie tego, czemu — jak twierdzono — miała zapobiec wojna w Ukrainie. Od czterech lat rosyjskie władze deklarują, że ich celem było niedopuszczenie do zbliżania się NATO do granic Rosji.
Efekt okazał się odwrotny:
Finlandia i Szwecja są już członkami NATO,
zachodnia infrastruktura wojskowa rozszerzyła się na całej wschodniej flance,
obecnie planowana jest brytyjska i francuska obecność wojskowa w Ukrainie.
Jest to nie tylko cios strategiczny, lecz także osobisty dla Władimir Putin, którego władza przez lata opierała się na micie „silnego przywódcy” — obrońcy Rosji przed Zachodem, a nie człowieka popychającego kraj w coraz głębszą izolację.
Dlaczego „czerwone linie” przestały działać
Głównym problemem Putina nie jest dziś to, że Zachód przekracza ogłaszane przez niego granice, lecz fakt, że ma on coraz mniej realnych narzędzi, by zmusić Zachód do zatrzymania się.
Otwarte działania militarne przeciwko państwom NATO oznaczałyby samobójczą eskalację. Środki hybrydowe w Europie od dawna nie wywołują zaskoczenia i często są neutralizowane. Groźby retoryczne coraz częściej brzmią pusto — zwłaszcza po precedensie wenezuelskim.
Dlatego Moskwie pozostają dwie opcje:
albo „przełknąć” nową rzeczywistość i próbować sprzedać ją odbiorcy wewnętrznemu jako „zwycięstwo”,
albo zaryzykować rozszerzenie konfliktu, na które Rosja nie jest przygotowana ani gospodarczo, ani politycznie.
Droga do większej wojny?
Paradoksalnie to właśnie decyzja Zachodu o budowie jasnej architektury bezpieczeństwa „po wojnie” dla Ukrainy może zmniejszyć ryzyko długotrwałego konfliktu. Im bardziej przejrzyste są zasady i mechanizmy odstraszania, tym mniejsza pokusa ich testowania.
W krótkiej perspektywie napięcie jest jednak nieuniknione. Każdy taki krok będzie przedstawiany przez kremlowską propagandę jako zagrożenie egzystencjalne, co zwiększa ryzyko nieprzemyślanych decyzji.
Jedno jest już jasne: dla Rosji rok 2026 rozpoczął się nie triumfem „czerwonych linii”, lecz ich cichą erozją.
Autor: Dalius Andriukaitis
Artykuł przygotowany dla portalu informacyjnego: Lietuvosvalstybe.com

